Lwów w czasach zarazy. Czy bezpiecznie jechać do Lwowa? Co się zmieniło?

Lwów w czasach zarazy. Czy bezpiecznie jechać do Lwowa? Co się zmieniło?

Polacy rzadko mogą powiedzieć, że czegoś zazdroszczą Ukrainie ale jest jedna rzecz, której Ukrainie możemy zazdrościć – zachowania normalności. Jak żyje się we Lwowie w czasach zarazy? Czy bezpiecznie jechać do Lwowa?

 
Aktualizacja: Od 28.12 polskie władze planują wprowadzić kwarantannę dla wszystkich wjeżdżających spoza Unii Europejskiej więc bez kwarantanny z Ukrainy będzie dało się wrócić tylko wjeżdżając przez terytorium innego kraju UE.
 

Patrząc na statystyki bloga w 2020 roku widać jedno – zgodnie z naszymi przewidywaniami – z różnych powodów niewielu Polaków zdecydowało się na wyjazd na Ukrainę. Ci którzy chcieli też nie zawsze mogli to zrobić z powodu zamkniętych granic, kwarantanny po przyjeździe do domu czy Polski na czerwonej liście. Były jednak momenty w których dało się pojechać. Wykorzystaliśmy jeden z nich. Jak wygląda Lwów w czasach zarazy?

 

Proszę się nie wygłupiać i to zdjąć

 
Takimi słowami przywitał nas ukraiński pogranicznik przy przekraczaniu granicy z Ukrainą. Po wyjeździe z Polski wreszcie można było pooddychać swobodnie bez zasłaniania twarzy. Na Ukrainie istnieje obowiązek zasłaniania nosa i ust w zamkniętych przestrzeniach publicznych. Rozsądny. Chodzić po ulicy cały czas można normalnie. Nikt tu nie zamyka stoków narciarskich, nikt nie wystawiał mandatów za przejście się fragmentem parku.
 

 
Ludność podchodzi dość wybiórczo do istniejącego ograniczenia. Nie wszyscy i nie wszędzie decydują się na zasłanianie twarzy chociaż grożą za to mandaty w wysokości od 170 UAH. Tak jest od samego początku, a mimo to nikt nie zaobserwował legendarnych “stosów trupów na ulicach”. Życie toczy się swoim tempem, a wskaźniki przypadków w kraju nie napawają grozą.
 
12 grudnia dla przykładu w Polsce oficjalnie odnotowano 1 126 700 przypadków, a na Ukrainie 885 039. W Polsce zanotowano tego dnia 22 676 ofiar śmiertelnych, a na Ukrainie 14 998 zgonów. 21 grudnia raportowano odpowiednio 1 207 333 przypadków w Polsce i 970 993 na Ukrainie oraz 25 474 ofiar w Polsce i 16 665.
 

 
Oznacza to o całe 5321 przypadków więcej na liczniejszej Ukrainie. Według oficjalnych statystyk liczba mieszkańców Ukrainy to 41,98 mln mieszkańców, a Polski 37,97 mln.
 

Mówimy więc nie dość, że o kraju liczniejszym to też o takim w którym ludność 3 największych miast to prawie 5,5 mln ludzi, gdy w Polce to tylko 3,2 mln.

 


Nowa normalność w lokalach gastronomicznych


 
Jednym z najbardziej upierdliwych ograniczeń obowiązujących w Polsce od jesieni są zamknięte kawiarnie i restauracje. To znaczy oczywiście nie zamknięte, tylko sprzedające na wynos. Na Ukrainie, poza pierwszym etapem paniki z początku 2020 roku, kawiarnie i restauracje są otwarte. Teoretycznie zamykano je na weekendy w listopadzie ale w praktyce nie każdy lokal dostosowywał się do błyskawicznie porzuconej “kwarantanny weekendowej“.
 
Jadąc na Ukrainie można iść na normalny obiad, można zorganizować szybki business meeting przy kieliszku śmietanówki w Atlasie, można wpaść na śniadanie w Restauracji Baczewskich. I nic się nie dzieje. Teoretycznie też knajpy mają być zamykane wcześniej niż zwykle. Teoria teorią. Praktyka pokazuje, że nie wszyscy decydują się na szybkie wieczorne zamknięcie.
 

 
Nie można jednak powiedzieć, że lokale gastronomiczne nie wdrożyły żadnych środków bezpieczeństwa. Zrezygnowano z papierowych kart menu i zastąpiono je kodami. Na wejściu i nawet w toaletach stosowane są dozowniki z mocnym alkoholem. W wiodących sieciach stoliki rozstawiono nieco dalej od siebie i faktycznie są dezynfekowane po każdym z klientów. Przy składaniu zamówień obowiązują maseczki, a pracujący w obsłudze nie wystawiają nosów na wierzch. Niektóre restauracje i kawiarnie prowadzą pomiar temperatury klientów. Nadgarstki skanowane są nawet przy wejściu do centrum handlowego Forum.

 


 
Rzecz jasna chodzi o jedne z bardziej popularnych i lepszych jakościowo miejsc. W spelunach dalej jest spelunowato. We Lwowie niewiele się zmieniło. Największą zmianą jest bardzo korzystny kurs hrywny oraz brak turystów z Polski. Lukę wypełniają lokalni turyści i przyjezdni z Turcji.
 


Powrót do “nowej normalności”


 
Na Ukrainie nikt nie zamyka parków by za kilka dni z wielką pompą je otwierać. Nikt nie zamyka cmentarzy by za dwa dni je znów otworzyć. Nikt nie twierdzi że młodzież nie może wychodzić z domu w środku dnia. Nikt nie uruchamia absurdalnych “godzin dla seniorów”. Nikt nie twierdzi, że w siłowniach są za niskie sufity.
 
Kwestia dbania o własne zdrowie jest pozostawiona w rękach samych zainteresowanych. Jeśli ktoś uważa, że wyjście na kawę jest dla niego śmiertelnym zagrożeniem to po prostu na nią nie idzie.

 

 
Jeden z Czytelników bloga napisał ostatnio:

Nie sądziłem, że dożyję czasów, że na kawę będę jeździł za granicę szukając odrobiny normalności

 
Władze na Ukrainie zdają sobie sprawę z tego, że bezmyślne wprowadzanie pełzających lockdownów mogłoby dobić gospodarkę, której sytuacja i tak od lat jest nie do pozazdroszczenia. I oczywiście – Ukraina szykuje się do lockdownu. Lockdownem na Ukrainie nazwane będą ograniczenia, które w znacznej części mieliśmy w Polsce bez “narodowej kwarantanny”, a znając życie i tak wiele osób podejdzie do nich dosyć wybiórczo.
 

 
Sam lockdown na Ukrainie ma potrwać 16 dni. Ukraiński lockdown wygląda bardziej na zabieg będący zagrywką PR-ową zastosowaną, by nie przerażać przyjaciół z zachodu niż faktyczne zamykanie obywateli w domach i dobijanie lokalnych biznesów.
 
Po kilku dniach spędzonych w centrum Lwowa ze smutkiem znów popatrzy się na ulice w Krakowie i przemykających nimi zamaskowanych obywateli. Ze smutkiem wróci się ze stanu normalności do stanu “nowej normalności” i godziny policyjnej w Sylwestra serwowanej nam przez władze nad Wisłą.

 
Polecamy również: